Jan Szymczak

Rycerz i jego konie

Bellerive – sur – Allier 2018

 

 

Niedawno pojawił się trzeci tom z cyklu: Rycerz na wojnie, w podróży i na kwaterze autorstwa profesora dr. hab. Jana Szymczaka noszący tytuł: “Rycerz i jego konie” Bellerive-sur-Allier 2018r. . Książka w warstwie treściowej poprzedzona wykazem skrótów składa się ze Wstępu i podzielona jest na rozdziały:

  • Rozdział I. “Koń, jaki jest każdy widzi”,
  • Rozdział II.”Wszystko ochędóstwo na koń wsiędzenia”, czyli rząd koński i oporządzenie jeździeckie

1.Uzda z kiełznem i pasy rzędu końskiego

2.Rycerz w siodle i strzemionach

  • Rozdział III. Ostrogi jako bodźce żelazne i pozłociste
  • Rozdział IV. Kropierz i ladry jako końskie garnitury i zbroje
  • Rozdział V. Koń na pastwisku i w stajni. Jego pasza, kosmetyka, kuracja i tresura
  • Zakończenie
  • Bibliografia
  • Spis ilustracji
  • Spis tabel
  • Summary w tłumaczeniu Grzegorza Żabińskiego

oraz spis treści wraz z tytułem serii i tytułem przedmiotowego tomu w językach: angielskim, niemieckim, francuskim i rosyjskim. Dla przykładu w języku angielskim książka zatytułowana jest: “Knight And His Horse“. (!).

Ten tom również czyta się z przyjemnością. Widać w nim liczne ślady naukowych zainteresowań Autora obejmujących swym zakresem między innymi ceny uzbrojenia, oporządzenia jeździeckiego, koszty wyżywienia koni- w tym ich jadłospis, a także leczenia tych zwierząt. Dzięki skrupulatności Jana Szymczaka i jego obyciu naukowym z końską materią, odbiorca, szczególnie ten początkujący, będzie miał dobrą sposobność zapoznania się z bogatą terminologią dotyczącą tego niezwykłego zwierzęcia. Przy okazji pozna bogactwo naszego języka i terminologii, które poszły w zapomnienie i wypadły tym samym z codziennego obiegu słowa mówionego i pisanego. Dla przykładu maści koni: gorczyczaste, dropiate, zsiwapleśniawe, słoczowate czy też wilczate. Ważnym jest także danie świadectwa stosunku ówczesnych ludzi do koni. Na szczególne uznanie zasługuje widoczne wyraźnie w treści opracowania rozumienie wagi i znaczenia logistyki w wojennym rzemiośle. Mój przyjaciel Andrzej Klein – znakomity znawca broni i barwy (dla zaciekawionych tym wybitnym Człowiekiem, odsyłam do wielu odniesień co do Jego osoby i dorobku znajdujących się w tekstach na naszej Stronie, a dla jeszcze bardziej dociekliwych czytelników: kieruję do dorobku wydawniczego z udziałem Andrzeja Kleina) rozumiał doskonale znaczenie “zaplecza” każdej wyprawy. Do dziś mam w świeżej pamięci ożywione dyskusje jakie prowadziliśmy na temat tego czego nie zapisano pod wpływem euforii zwycięstwa oręża i geniuszu dowódców kierujących znakomicie wyszkolonymi “kombatantami”. Nie wspomniano o ogromie całej prozy egzystencji wojska na poziomie – ujmę to eufemistycznie, gruntowym,  – przed i po zwycięskiej bitwie. Termin: aprowizacja w opracowaniach jest passe w kontekście wartkości zapisu wzniosłych i dynamicznych szczegółów orężnej victorii, czy też wspaniałej przegranej- bo i z wielbicielami klęsk do rozpamiętywania, w wcale znacznej liczbie, wbrew pozorom logiki, mamy do czynienia. To jest syndrom rozpamiętywania i rozdrapywania ran. Nie jestem “psychologiem” by nazywać po imieniu owe stany emocjonalne. Jan Szymczak w trzytomowym póki co cyklu, zdaje się w pełni rozumieć ten mało widowiskowy, ale jednocześnie fundamentalnie ważny aspekt egzystencji każdej siły zbrojnej, bez względu na to w jakim czasie przyszło jej działać. Nie jest to cecha powszednia. Za to Autorowi należą się słowa uznania..

Co można wyczytać z bibliografii

Każdy z nas nosi w sobie pierwiastek próżności i wynikającej zeń dumy. Ja też będąc w tym stanie wypinam pierś ze względu na przynależność do jednej z elit naszego narodu. Bez fałszywej skromności legitymuję się faktem przeczytania w ciągu roku, więcej niż jednej książki. To daje mi niezaprzeczalne prawo do rozważań na temat bibliografii jako składowej książek o ambicjach naukowych. Żeby nie uciec w dalekie rejony dywagacji, za bibliografię uważam to co znajduje się zazwyczaj na dalekich rubieżach książki i składa się, jeśli dobrze pamiętam ze spisu źródeł, książek, innych form pisanych ręcznie, bądź drukowanych, mniej lub bardziej zwartych, to jest artykułów, periodyków powiązanych ze sobą tematem pracy, osobą autora tekstu podstawowego i rdzennej bibliografii. Bibliografia może mieć różne nazwy, co bynajmniej nie zmienia jej istoty. “Wykaz prac przywołanych w adnotacjach marginesowych, ekskursach i opisach ilustracji”   autorstwa Krzysztofa Kwiatkowskiego w jego dziele: “Wojska Zakonu Niemieckiego w Prusach 1230 – 1525” Toruń 2016 (?) pomieszcza się na ponad 50 stronach pokaźnego formatu. Nigdy nie byłem w tym mocny, ale w tym przypadku mam do czynienia z formatem nietypowym, bowiem tylko nieco mniejszym od A-4. Tak imponująca bibliografia rodzi refleksję nad własną mizerią intelektualną oraz nieuctwem. Ile bowiem czasu należałoby poświęcić na “czytanie- studiowanie” ze zrozumieniem, taksatywnie wymienionych prac, przy założeniu, że nie czyni się tego zawodowo i nie ma innego życia poza książkami. Wiem, jestem idealistą. Bibliografia “Rycerza i jego koni” to ponad trzydzieści stron. Format nieco mniejszy, bo zbliżony do A-5, ale i czcionka też stosownie bardziej mikra. Żeby nie zanudzać czytelnika, odniosę się do owej bibliografii na swój sposób. Zacznę i skończę – od i – na tym co mnie uderzyło do tego stopnia, że przykuło moją uwagę. Od początku. Równym stępem przeczytałem treść książki i to – jeszcze raz powtórzę – z dużym zainteresowaniem, miejscami z przyjemnością jaka towarzyszyła mi przy lekturze słowa pisanego przez Andrzeja Nadolskiego. To zgoła niecodzienne i szkoda iż tak mało. W przypadku bibliografii, najpierw pocwałowałem żwawo po jej wykazie – mając z tyłu głowy wstęp Autora i we wstępie książkę Jean’a Flori. Szybko jednak przeszedłem w tryb ruchu inochodnika. Czegoś mi po raz kolejny brakowało, boć to już trzecia książka cyklu: Rycerz na wojnie, w podróży i na kwaterze. Od początku pojawienia się tego bardzo dobrego opracowania, sprawnego intelektualnie i bogatego snopa przekazywanych myśli oraz wiedzy, kierowanej przez Autora do ciekawego poznania spektrum odbiorców, jestem jego admiratorem. Atutem książek Jana Szymczaka jest to, że mogą je czytać z równym zainteresowaniem i uznaniem znawcy przedmiotu, pasjonaci i wreszcie przypadkowi czytelnicy, których niecnie wybrałem do tej próby. Coś mi jednak ciągle nie dawało spokoju. Nie były to:

  • zachwyty Autora: “..i dlatego Jean Flori w swej znakomitej pracy o rycerzach i rycerstwie w średniowieczu poświęcił mu oddzielny rozdział pt. Od jeźdźca do rycerza.“(str 13/14 – Rycerz i jego konie), które w moim pojęciu są całkowicie nieuprawnione. Żeby było całkiem w porządku. Nie wiem czy Jan Szymczak czytał tę książkę w oryginale? – choć pewnie nie, ponieważ w bibliografii jest ona wylistowana po polsku, z polskim miejscem jej wydania. Gorzej, ktoś z imienia i nazwiska podpisał się  pod tym tłumaczeniem jako redaktor merytoryczny. Żeby nie zamącać: dla przykładu, na tapet wziąłem tylko kilka stron z owego dzieła odnoszących się do “Zmian w uzbrojeniu rycerskim (XI – XV w.). Od strony 88 do strony 94. Tę część pracy uznanego autora – przez naszych uczonych -opisałem w szczenięcym zapamiętaniu szesnaście lat temu w Arsenale Poznańskim nr 31. Musiałem być bardzo wzburzony tą lekturą, że nieodżałowany prezes Lesław Kukawski, który nie przepadał za tematyką średniowiecznych “bobków” końskich i przy okazji bardzo się oburzał na mój swoisty neologizm kierowany do tej części natury “aktywności fizjologicznej” końskiej rumaków z XX Stulecia, zaproponował mi napisanie kilku słów odnośnie produkcji wydawniczej owego znawcy średniowiecza. Z perspektywy lat, wiele bym w tym pisaniu zmienił, uzupełnił. Samodzielnie doszedłem wówczas do wniosku, że nic by nie cieszyło się światłem słońca, gdyby autor myśli zapisanej tekstem cyzelował go do upadłego. Znam przypadki niedoszłych i zapewne doskonałych finalnie doktoratów, które nie powstały, – a które mogły i powinny były powstać – właśnie z powodu na ich nadmiernie długi, wręcz permanentny proces szlifowania treści, przez … niedoszłych doktorów. U niektórych czas obróbki liczy się w ponad dwie dekady lat i końca nie widać. Mam tutaj na myśli tylko tych, którzy nie potrafią postawić kropki nad cezurą:- Ogłaszam to z dniem takim i takim, ze stanem wiedzy aktualnym na dziś. Nie zajmuję się bynajmniej tymi, którym się wydaje, że mogą i potrafią. Duch i sedno tamtego poglądu sprzed lat jednak pozostały. “Kask”, “miecz oburęczny” i “obosieczny grot”, /kopii [!]/ czy “okrywy”/dla konia/ to tylko kilka przykładów, które na gorąco przywiodła mi pamięć z lektury Jean’a Flori. Przy okazji napomknąłem wówczas o innym Autorze, o którym poniżej,
  • Zastanawia mnie fakt zamieszczenia w obszernej bibliografii pozycji nic nie wnoszących do materii, którą Autor się zajmuje. Dla przykładu podaję: Franciszek Kusiak – “Rycerze średniowiecznej Europy łacińskiej”, Warszawa 2002″. Na stronie 126 niniejszego dzieła pojawia się zdanie, które w oryginalny sposób dokonuje definicji puginałów, – definicji  – o której obiecałem sobie zapomnieć czym prędzej, a już w ogóle nie wspominać w chwilach słabości. Jednak bardzo mnie korci jej przytoczenie jako wzorca jak nie buduje się definicji – poddaję się więc jej “wspaniałej” narracji: ” W XIV i XV w. bardzo popularną bronią były puginały. Były to krótkie miecze, przypominające wyglądem sztylety, a może bardziej rodzaj specyficznych noży o wydłużonej głowni”.(piękne, nic dodać nic ująć). Baktrian to czy dromader? Dalej rozwija się myśl upiorna: “Puginał służył do wykonywania pchnięć w miejsca łączeń zbroi płytowej. Był więc bronią najgroźniejszą w skutkach, gdyż zadawano nim śmiertelne ciosy. Jego łacińska nazwa misericordia (miłosierdzie) wynikała z używania go do skracania mąk śmiertelnie rannym. Puginał ułatwiał przede wszystkim dobicie poturbowanego przeciwnika, ale służył też do samoobrony”.(itd. itd.) …. Jak rozumiem, wszelkie inne wyroby przeznaczone do walki mającej na celu eliminację przeciwnika były pieszczotliwie niegroźne, żeby wymienić topór, partyzanę, włócznię, kuszę … .
  • Ze strony 124 dzieła profesora Franciszka Kusiaka jeszcze jedno kuriozum: “Dobrze wycelowana kopia, przy odpowiedniej szybkości konia, która dochodziła nawet do 80 km/h, w zasadzie nie dawała przeciwnikowi szans przeżycia”… .(…) Sam widok takiej szarży mógłby niejednego charta wpędzić w poważną depresję.(…) – (to powtórzenie za tekstem z 2003 roku z Arsenału Poznańskiego 31),
  • Żeby dalej się nie znęcać, zakończę moje czynności przygotowawcze, które mi wcale nie sprawiają przyjemności, przedstawieniem pewnej miniatury znajdującej się w bloku barwnych ilustracji pomieszczonych w opracowaniu profesora Franciszka Kusiaka po stronie 144, opatrzonej nr 24. Nie o dobór tej ilustracji chodzi.(Herr Dietmar Der Setzer, tafel 111, Codex Manesse /K.Cz/) tylko o podpis wielce “korespondujący” z tym co przedstawiono na miniaturze – patrz ilustracja. Tak sobie myślę, że uwaga zawarta w podpisie: w nawiasie nie ma chyba większego znaczenia w kontekście tego co miniatura przedstawia. “Pojedynek rycerzy pieszych obserwowany przez damy (nie wiadomo jednak, czy chodzi tu o walkę turniejową, czy też o prawdziwe starcie na śmierć i życie)” został przez autora ilustracji uchwycony w momencie, kiedy miecz jednego z rycerzy wraził się głęboko w czerep przeciwnika, forsując przy okazji opór hełmu garnczkowego i pozostałych ochron głowy. Świadczy o tym pozycja ugodzonego śmiertelnym cięciem i wyraźnie zaznaczona fontanna krwi tryskająca z rany pokonanego.

Die Kunst Der Fuge

Czego więc nie ma w imponującej wielkością bibliografii do “Rycerza i jego koni”. Brak ów wystąpił już w poprzednich tomach wieloksięgu Jana Szymczaka. W bibliografiach nie ma kilku książek sprzed ponad pół wieku, które wyszły spod pióra Ewart’a Oakeshott’a. Są to:

  • A Knight and His Armor 1961r. – Dufour Editions Inc. 1999 r. ,
  • A Knight and His Horse 1962r. – Dufour Editions Inc. 1998 r. ,
  • A Knight and His Weapons 1964r. – Dufour Editions Inc. 1997 r. ,
  • A Knight and His Castle 1966r. – Dufour Editions Inc. 1997 r. ,

i nieco późniejsza z tego swoistego pięcioksięgu:

  • A Knight in Battle 1971 r. – Dufour Editions Inc. 1998 r.

Wszystkie powyższe prace, ilustracjami własnoręcznymi opatrzył sam autor. Ewart Oakeshott nie jest znany wśród mediewistów -i nie tylko – z tego jakże bezpretensjonalnego i inspirującego cyklu książeczek, ale z tego, że będąc “tylko i aż” historykiem amatorem, stworzył system klasyfikowania mieczy średniowiecznych, taką typologię, która modyfikowana z czasem przez innych znawców przedmiotu, nadal żyje w języku nauki. Tytułem więc drobnego uzupełnienia podaję kolejne książki tego badacza, przy okazji współzałożyciela Arms and Armour Society, z którymi warto się choćby zapoznać:

  • The Archeology Of Weapons – Arms And Armour From Prehistory To The Age Of Chivarly – Londyn 1960 r. – Dover Publications, Inc. 1996 r. ,
  • The Sword In The Age Of Chivarly 1964 r. – The Boydell Press 1994 r.

Oczywiście nie jest to wyczerpujący katalog pozycji bibliograficznych Ewart’a Oakeshott’a, które powinny moim zdaniem pojawić się w wykazie prac z dziedziny literatury fachowej pomieszczonym w tomach cyklu: Rycerz na wojnie, w podróży i na kwaterze. Może ich lektura stanie się zaczynem dla twórcy niezwykle interesującego projektu kwartetu tematycznego, do powiększenia go do rozmiaru kwintetu rycerskiego.

Krzysztof Czarnecki

Oddział Poznański Stowarzyszenia

Miłośników Dawnej Broni i Barwy

Poznań, lipiec 2019

GALERIA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

273 Total Views 1 Views Today
Partnerzy

karta_logo_MNK_B

mwp

muzuem_lodz

wmwpozn

MuzeumWroclaw

logo Muz. Lub.-1

silkfencing