KAPALINY – WYJŚCIE Z MROKU

Celem podróży był Malbork. 23 września 2022 roku miało miejsce otwarcie wystawy: “Zatem Najświętsza Maria Panna musi oglądać swoją sprofanowaną siedzibę – Malbork między polityką a sacrum (1772 – 1856)”. Na zwieńczenie pierwszego etapu na drodze do MZM, zaplanowałem ZAMEK BIERZGŁOWSKI z jego główną atrakcją, jaką jest tympanon ceramiczny w portalu zamku, tzw. wysokiego. Program wyprawy – objazdu obejmował między innymi: Chełmno, Reszel, Lidzbark Warmiński, Olsztyn, Kwidzyn, Sztum. Marszruta miała uwzględnić Nowe Miasto Lubawskie. Nie udało się, niestety- a to ze względu na zapadający mrok, a droga do Olsztyna miała jeszcze słuszny wymiar mierzony odległością. Płyta nagrobna Kunona von Lebienstein poczeka na indywidualne podziwianie. Obok wystawy: “Zatem Najświętsza Maria Panna …” zamykającej niesamowity tryptyk wystawienniczy koncepcji i autorstwa zespołu pod wodzą nowej dyrekcji MZM, na który składały się poprzedzające ją: “Sapientia aedificavit sibi domum – Mądrość zbudowała sobie dom. Państwo krzyżackie w Prusach” (2019), “Regnum defendo ense et alis tego stricto – Królestwa bronię dobytym mieczem i osłaniam skrzydłami. Malbork w Prusach Królewskich” (2021), miałem zamiar nabyć książkę o kapalinach średniowiecznych. Wiedziałem, że nakład znajduje się w zamku. Po cichu wierzyłem, że interesująca mnie monografia ujrzy światło dzienne przy okazji otwarcia wystawy. Nic z tego, prawo Murphy’ego zadziałało w całej rozciągłości. Miało się nie udać i tak się stało. Jakość trzeciej części tryptyku malborskiego złagodziła, chociaż w części zawód, spowodowany brakiem “kapalinów”. Równo tydzień później odezwał się telefon. Pani Grażyna Hoderny koordynator sklepów (w Muzeum Zamkowym) z Malborka sprawiła mi nie lada niespodziankę. Otóż, jak do tego doszło. W trakcie poszukiwania informacji o książce – bohaterce tego pisania, dotarłem po raz kolejny do Muzeum Zamkowego w Malborku, omijając przy tym starannie, Stanowisko ds. wydawnictw. Tym razem zahaczyłem o sklep. I tam spotkałem się ze zrozumieniem moich niecierpliwości. Pani Grażyna Hoderny obiecała mi, że poinformuje mnie o dostępności książki do sprzedaży. Początkowo uznałem to za kurtuazyjną obietnicę. Ot tak grzecznie, ale bez pokrycia. W piątek 30 września – równo po tygodniu od uroczystego otwarcia wystawy na Zamku – zabrzmiał  w moim telefonie riff “Purple Haze”. Pani Grażyna Hoderny poinformowała mnie, że od jutra wyczekiwana przeze mnie książka będzie już w sprzedaży. Pamiętała! Znikomek bronioznawstwa poczuł się doceniony pamięcią innych o swej pasji. Książkę zamówiłem czym prędzej. Już we wtorek wszedłem w jej fizyczne posiadanie. O kapalinach według Goska napiszę później. Teraz jednak skupię się na zdziwieniach. Ktoś kiedyś mi powiedział, że póki jeszcze ogarniają mnie zdziwienia, to nie jest jeszcze ze mną tak zupełnie źle – cokolwiek to znaczy. Szkoda tylko, że mój stan zdziwieniowy nie ma w tym przypadku, pozytywnego zabarwienia. Na polskim rynku książki bronioznawczej nie dzieje się wiele. Ucieszył mnie więc powiew świeżości z kierunku Malborka. O nowej jakości wydawnictw Muzeum Zamkowego w Malborku wspominałem niejednokrotnie. Zapowiedź z 2021 roku: https://www.zamek.malbork.pl/wydawnictwa/monografie-5 , która została zamieszczona na stronie MZM trzyma się mocno. Obce są jej jakiekolwiek nowelizacje powodowane zmieniającą się rzeczywistością. W niej to tkwi jeden z paradoksów działalności braci muzealnej. Nowa jakość merytoryczna, edytorska – dostrzeżona została nie tylko przez Znikomka – Pasjonata, ale i: przez DNA PARIS DESIGN AWARDS, która nagrodziła tom I Sapientia Aedificavit Sibi Domum prestiżowym wyróżnieniem:

https://www.zamek.malbork.pl/wydarzenia/nasze-wydawnictwo-nagrodzone-na-miedzynarodowym-konkursie-projektowym-dna-paris-design-awards-717 .

Zwrot: “Trzyma się mocno” nie jest wcale pochwałą. Odczekałem czas od 30 września br. w OCZEKIWANIU na promocję książki, na choćby notkę ze strony MZM płynącą o fakcie wydania nietuzinkowej pracy bronioznawczej. Ca. 2,3 kg: książka + pendrive to co najmniej waga ciężka. To nie byle co. I co i nic! Nie zauważyłem żadnego ruchu wokół kapalinów. I tu zastrzeżenie: programowo nie korzystam z portali społecznościowych. Moje spektrum postrzegania nie obejmuje tej sfery aktywności. Kulejąca polityka promocyjna i informacyjna placówek naukowo – badawczych (w tym specjalnie: muzealnych) w obszarze własnych dokonań wydawniczych, nie może tak dalej egzystować korzystając jedynie z biegu jałowego. To marnowanie pracy autorów i wielu ludzi zaangażowanych w powstanie książek o takiej prezencji, których ambicją jest upowszechnianie wiedzy na wysokim poziomie edytorskim i chcę ufać: merytorycznym. W świecie gęstym od nadmiaru informacji błahych, brak ważnego komunikatu o ukazaniu się nowej monografii z jakiejś dziedziny, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Jest grzechem zaniechania skierowanym przeciwko nauce. Trochę mnie poniosło, ale nie bez podstaw. Opowiem o jednej z nich. Będąc wczesnym nastolatkiem, podczas wakacji szkolnych odwiedzałem przez kilka lat z rzędu moją matkę chrzestną, nauczycielkę z zawodu i pasji (nie wiem co było pierwsze i ważniejsze. Dopiero po jej odejściu dowiedziałem się, że podczas okupacji uczyła na tajnych kompletach. Sama nigdy się tym nie chwaliła) i jednocześnie siostrę mojej mamy, która wraz z mężem również nauczycielem, uczestnikiem kampanii wrześniowej i jeńcem Oflagu II C Woldenberg kierowali wiejską szkołą na Kujawach. To była ich świadoma misja. Szkoła mieściła się w stylowym budynku z czerwonej cegły z widokiem na staw – urokliwe miejsce. To tam pochłaniałem treści książek z historii, których pokaźny zbiór wchodził w skład stworzonej przez nich biblioteki szkolnej. Korzystałem też z ich bogatego księgozbioru prywatnego. Tam też natknąłem się na “Rzeźbę nagrobną Wita Stwosza” Piotra Skubiszewskiego (Warszawa 1957). Małolat już wówczas zwrócił uwagę nie tylko na jej treść, ilustracje, ale i jakość wydania. Kartonik, obwoluta, płócienna oprawa, złocenia, wklejki etc. . Opuszczając gościnny dom cioci zawsze wracałem obdarowany jakąś książką. Wita Stwosza nie dostałem. Ktoś mnie uprzedził i bez wiedzy domowników “zaopiekował” się nią. Przez wiele lat poszukiwałem bezskutecznie egzemplarza w takim stanie. Dopiero w dobie powstania sklepów z tanią książką, natrafiłem na dziewiczy, bo nie otwierany od lat 50 – tych, kartonik zawierający “Rzeźbę nagrobną” Wita Stwosza. Żeby nie było, takich samych kartoników z książką wewnątrz było w owej księgarni z dziesięć. Niech to wspomnienie posłuży za memento dla opieszałych dystrybutorów książek. Przedmiotową książkę usiłowałem znaleźć również u źródła czyli w wydawnictwie, kołatałem się w hurtowniach Domu Książki. Nieprawdą jest jakoby ta książka znajdowała się jeszcze w naszych magazynach – słyszałem. A jednak! – znajdowała się. Nie powtarzajmy starych błędów. Książka z bagażem zawartej w niej wiedzy musi żyć wśród ludzi, a nie być skazana na przebywanie w ciemnicy pełnej pająków – analfabetów. Arachnofobia jest mi całkowicie obca. Nigdy nie usuwam ze swego domostwa zasiedlonych pajęczyn. Tak mi zostało z dzieciństwa, kiedy to dokarmiałem dorodną pajęczycę  pająka krzyżaka.

Krzysztof Czarnecki

Oddział Poznański

Stowarzyszenia Miłośników

Dawnej Broni i Barwy

Poznań, listopad 2022 r.

 

Galeria

140 Total Views 1 Views Today
Partnerzy

karta_logo_MNK_B

mwp

muzuem_lodz

wmwpozn

MuzeumWroclaw

logo Muz. Lub.-1

silkfencing