Krzysztof Czarnecki

 11 – 116 – 125

 

Wdzięczność to nie jest dobry „pieniądz”. Bitcoin to jest przy nim twarda waluta. Składnia zamierzona. Wdzięczność nakłada bowiem na tego, który powinien wczuć się w ten stan, wartości mocno niedookreślonych i budzi często demony w postaci irracjonalnych zachowań. Jak coś nie jest jasne i jednocześnie dolegliwe na swój sposób, często jak wyrzut sumienia rodzi zachowania wcale nie przystające do normalnych i logicznych postępowań. Powstanie poczucia wdzięczności wydaje się czymś jasnym i oczywistym a przede wszystkim dobrym, jak kto woli pozytywnym. U adresatów (często mimowolnych) powoduje wobec tych, którzy są potencjalnymi sprawcami jego narodzenia i często o tym nie wiedzą – ponieważ zwyczajnie uważają swoje zachowania za normalne – nieuświadomiony stan zagrożenia, niebezpieczny bo nieoczekiwany. Naiwne rozumowanie, że dobro rodzi dobro, można z całą premedytacją umieścić w głowie a.a., bądź zwyczajnie wyrzucić z pamięci i oczekiwać z wielkim prawdopodobieństwem najperfidniejszej riposty. Kiedy nie wiesz jak się zachować: zachowuj się przyzwoicie. Co dla kogo uchodzi za przyzwoite, to jest kolejny problem. Wdzięczność łączy się często w sposób nierozerwalny z pojęciem długu jako zobowiązania. Nawet dług wdzięczności może być potencjalnie niebezpieczny dla sprawcy tej wysoce niekomfortowej sytuacji powstałej u „uwdzięczonego”. Bójmy się więc oznak wdzięczności ze strony tych, którzy na wszelki wypadek czując dolegliwy ucisk owego poczucia, ugryzą znienacka swego dobroczyńcę, często nieświadomego zagrożenia jakie wywołuje jego czysty w intencji odruch. Ja jednak okazuję wdzięczność wobec bohaterów tego tekstu, w najprostszy sposób, poprzez słowo DZIĘKUJĘ, które jeszcze nie wybrzmiało, ponieważ jest nadal aktualne. I takie pozostanie. Tekst poniższy jest poświęcony Tym, których cenię, i którzy potwierdzili lub zaszczepili na antypkach nowe obszary zainteresowań u młodziutkiego bronioznawcy amatora. To dzięki Nim okrzepł mój duch miłośnika dawnej broni i barwy.

Pod numerem 11 zeszytu Łódzkiego Towarzystwa Naukowego z cyklu „Sylwetki Łódzkich Uczonych” widnieje nazwisko profesora Andrzeja Nadolskiego (Łódź 1994). Zeszyt nr 116 jest udziałem profesora Leszka Kajzera(Łódź 2014). Zeszyt nr 125 opanował profesor Marian Głosek.(Łódź 2016) Nie będzie suspensu w moim pisaniu, bo wszystko ujawniłem w pierwszych słowach? Nie wiem, nie obiecuję, może jednak coś się urodzi w trakcie tworzenia uporządkowanych zbiorów czcionek na żywo.

Jeszcze jedna uwaga, co do czasu używanego w moim pisaniu. JEST- czyli czas teraźniejszy. W związku z tym, że nie wszyscy moi promotorzy – utwierdzacze drogi broni i barwy męczą się jeszcze oddychaniem ziemskiego powietrza, a mają dla mnie nadal teraźniejsze wielkie znaczenie, będą opisywani w ziemskiej obecności.

Seria: Sylwetki Łódzkich Uczonych

Łódzkie Towarzystwo Naukowe

 

Zeszyt 11 – Profesor Andrzej Nadolski

Gdzieś już wspominałem, że jako młody pasjonat broni i barwy zwróciłem się o wskazówki co do drogi bronioznawcy amatora jaką powinienem podążać, do dwóch wielkich jak mi się wtedy wydawało. Byli to: Zdzisław Żygulski jun. i Andrzej Nadolski. Pierwszy z nich jak to pamiętają czytelnicy naszej Strony uprzejmie i z lwowskim sznytem „wysłał mnie na drzewo”(czasem myślę, że zaważyło pytanie o European Armour – autor Claude Blair) drugi zaś pomógł mnie uwierzyć, że moje zainteresowania bronioznawcze mają sens. Pomagał mi przez lata. Do tej pory pamiętam listopad 1989 roku. Miejsce: Trzcianka Lubuska, okolice siedliska naszego wielkiego prezesa Lesława Kukawskiego – prezesa Oddziału Poznańskiego Stowarzyszenia Miłośników Dawnej Broni i Barwy i XV- jeśli mnie pamięć nie myli Sesja Naukowa poświęcona została piechocie. Dlaczego piechocie? – ano dlatego, że wielki znawca jazdy- kawalerii i konia nie zagubił się w swej pasji do końca i nie oślepł na inne formacje, które były często solą armii. Może niezbyt efektowną, ale diabelnie skuteczną. Dlaczego to tak dobrze zapamiętałem?, ano z dwóch powodów. Pierwszy, co nie znaczy najważniejszy: 12 listopada 1989 roku odbyło się pamiętne spotkanie w Krzyżowej, w duchu pojednania pomiędzy Tadeuszem Mazowieckim i Helmutem Kohlem. Drugi, to nasza sesja, gdzie byłem świadkiem spotkania dwóch gigantów naszego Stowarzyszenia. Byli to Zdzisław Żygulski jun. i Andrzej Nadolski. Z tego „pojedynku” zwycięsko wyszedł Andrzej Nadolski, ponieważ podszedł do tematu we właściwy dla siebie sposób. Merytorycznie na chłodno i w duchu wiedzy jaka stała u podstaw jego wywodu. No cóż, w przypadku drugiego tuza Stowarzyszenia nie można było nie zauważyć, że zbytnio zawierzył swemu intelektowi oraz erudycji i po prostu, moim zdaniem – młodego adepta sztuki oratorskiej, przy okazji ówczesnego fana uzbrojenia i taktyki – nie przygotował się należycie do omówienia Księgi Piechoty, która służyła mu za kanwę wystąpienia. W naszym Stowarzyszeniu nie ma zmiłuj się. Kiedy Pavarotti sfałszował w La Scali, to go po prostu wygwizdano, za nic mając wielkość jego śpiewaczego pomnika. Tu było to samo. Bohdan Królikowski z Lublina, w natchniony sposób skrytykował wystąpienie profesora obnażając stan: tu i teraz jako kategorię: król jest nagi, który jak widać nie nawykły do krytyki skrócił swój pobyt w Trzciance Lubuskiej i wyjechał skoro świt dnia następnego sesji. Tak to bywa pośród indywidualności z rozrośniętym ego. Jeśli dobrze pamiętam jednym z punktów krytyki była ocena Bohdana Królikowskiego w sprawie „odkrycia” profesora czcionki zastosowanej w owym dziele. Tak ogólnie chodziło o coś w stylu: kto wynalazł koło. Andrzej Nadolski potrafił inspirować i nadal mnie inspiruje, ponieważ w naszych niedobrych dla nauki czasach nie potrafię, mimo nie wygaśnięcia tego pragnienia, znaleźć kogoś, kto wywołałby we mnie płomień entuzjazmu równy temu jaki wzniecił Andrzej Nadolski. Knot w lampie nadal czeka na iskrę, która po raz ostatni spali pokaźny zapas nafty. Poczucie humoru Andrzeja Nadolskiego nie powinno nikogo zmylić. Był w sprawach broni i barwy ortodoksyjny. Chciał stworzyć szkołę, która rozwinęłaby swoje autorskie skrzydła, umożliwiając stworzenie ośrodków, które byłyby zdolne opracować nasze dominium pod względem bronioznawczym. Pamiętam wielkość profesora w trakcie pewnej dyskusji o heraldyce rycerzy zakonników (Krzyżaków). Na moje naiwne, jak mi się wtedy wydawało teorie, profesor potrafił zdobyć się na wypowiedź: nie wiem, ale jest to logiczne. Tylko wielcy tak potrafią. Najbardziej trudno jest mi przyznać się do wielkiej porażki. Profesor- widząc zapewne mój zapał- rzucił od niechcenia propozycję bym zajął się Wielkopolską. On miał wyraźny plan, który realizował poprzez prace Leszka Kajzera i Zdzisławy Wawrzonowskiej. Ja byłem zajęty wówczas walką o byt. Wtedy uczelnie były oazami spokoju i możliwości rozwoju, ale bez środków pozwalających w miarę spokojnie utrzymać rodzinę w stanie procesu powstania jej podwalin. Mnie tam nie było, wybrałem inną drogę- niejednokrotnie wymuszoną okolicznościami niezależnymi od własnej woli. Czekam więc z utęsknieniem na ujawnienie się pasjonata bronioznawcy, który zająłby się Wielkopolską. Śmierć przerywa nici i niweczy plany. Profesor Andrzej Nadolski jest dla mnie nadal żywy świeżością swoich wizji naukowych.

Sylwetki Łódzkich Uczonych

zeszyt 116 – Profesor Leszek Kajzer

Z Leszkiem Kajzerem sprawa jest zgoła inna. Zachwycony jego pracą: „Uzbrojenie i ubiór rycerski w średniowiecznej Małopolsce w świetle źródeł ikonograficznych” Ossolineum 1976 miałem naiwną nadzieję, że jest to dobry początek drogi bronioznawcy. Z trudem przyjąłem pojawienie się skrzyżowania „Crossroads – termin ważny w blues’ie”, na którym profesor skręcił w stronę zamkoznawstwa. Może od początku Leszkowi Kajzerowi było za ciasno w przestrzeni zbudowanej przez Andrzeja Nadolskiego. Z perspektywy czasu i doświadczeń mogę domniemywać, że realizacja wizji profesora Nadolskiego wymagać musiała przynajmniej delikatnej formy autokratyzmu. Leszek Kajzer wybrał więc własną drogę. Moje z nim kontakty nie były siłą rzeczy zbyt bliskie. Nie zmienia to postaci rzeczy, że kilka rozmów jakie przeprowadziliśmy obfitowało w nagłe zwroty akcji. Leszek Kajzer lubił sprawdzać słownym bojem swego rozmówcę. Przejawiało się to w nagłych zwrotach akcji w dyskusji. Mam wrażenie, że te z pozoru pozbawione sensu wycieczki w zupełnie inne klimaty w stosunku do głównego nurtu dyskursu miały jeden cel. Było nim sprawdzenie ogólne poziomu intelektualnego interlokutora. Jeśli Jego zdaniem „egzamin” przebiegł pomyślnie rozmowa przybierała zgoła inny charakter. Choć nie zawsze. Pamiętam jak starliśmy się podczas Jubileuszu profesora Mariana Głoska. Poszło o powstania. Naruszyłem sacrum Leszka Kajzera, czyli pogląd o Powstaniu Warszawskim. Stwierdziłem wówczas, że rozumiem iż istnieją granice upodlenia narodu, których racjonalnie przekroczyć się nie da, ale znając ówczesne realia- w tym pragmatycznie działającego wroga (my Wielkopolanie znaliśmy go dłużej i poznaliśmy lepiej) należało położyć większy nacisk na przygotowania logistyczne, takie jak dla przykładu: sprowadzenie uzbrojenia z ukrytych arsenałów na obszarze kraju i lepszą koordynację głównych kierunków uderzenia oraz to co jest piętą achillesową wielu naszych przedsięwzięć: stworzenie właściwego klimatu politycznego. Profesor zareagował na to wręcz alergicznie, żeby nie powiedzieć emocjonalnie. Potem, a to potem trwało dłuższą chwilę, dyskusja stała się bardziej merytoryczna. Zabrzmi to może zbyt publicystycznie, ale Powstanie Wielkopolskie dlatego zakończyło się sukcesem, że skok do gardła przeciwnika został wymierzony we właściwym momencie i z właściwą siłą, a przeciwnik rozeznany w szczegółach. Jakoś to będzie, czyli szarą niewiadomą starano się zminimalizować do poziomu nie zagrażającego realizacji celu naczelnego. Tym Warszawa różniła się od Wielkopolskiego myślenia. Tu starano się ograniczyć do minimum niewiadome i tym samym zakładane straty, o czym zazwyczaj się milczy. Jestem wrażliwy na muzykę. W niej szczególnie cenię nie tylko matematyczną logikę Bacha, ale i wirtuozerię solówek natchnionych muzyków z kręgu blue’sa i rock’a. W solowym myśleniu przejawia się też geniusz Hannibala, Aleksandra Macedońskiego podziwiany przez pokolenia badaczy. Tu jestem jednak ostrożniejszy w ocenach. Jedna zbędna nuta więcej nie waży, tyle co jeden zabity żołnierz, który poległ wskutek błędu wodza – dyrygenta. Na koniec jeszcze jedna uwaga. Leszek Kajzer poprzez swoje prace na temat zamków rozszerzył spektrum moich poglądów na temat budownictwa obronnego, ponieważ wówczas fascynowały mnie głównie zamki krzyżackie widziane w oderwaniu od współczesnego dla nich kontekstu.

 

Sylwetki Łódzkich Uczonych

Zeszyt 125 Profesor Marian Głosek

Profesor Marian Głosek w pierwszym wrażeniu może wydać się zdystansowany i pragmatyczny, ale w głębi jest człowiekiem prawym i wrażliwym. Powodowany takimi przemyśleniami, przyjąłem zaproszenie i podążyłem do Łodzi na Jubileusz profesora Mariana Głoska. W noc poprzedzającą wyjazd napisałem osobisty tekst, ale oddający szczerze istotę Jego Osobowości. W trakcie uroczystości, jako jeden z wielu wygłosiłem go z emocją, której od dawna nie miałem sposobności doświadczyć. Cytuję za zgodą Adresata.

Szanowni Państwo,

Kiedy fenomenalny gitarzysta Jeff Beck usłyszał geniusza gitary Jimi’ego Hendrix’a poważnie rozważał powieszenie instrumentu na kołku. „Podoba mi się Twoja gra” miał mu powiedzieć Hendrix. Dzięki temu wsparciu mistrza Jeff Beck nadal mimo upływu czasu pozostaje czynnym i kreatywnym artystą nieustannie przełamującym bariery. Cenne i życzliwe uwagi oraz wskazówki profesora Głoska dały wielu uczonym i pasjonatom nowy dobry impuls do dalszych badań. Niewielu ludzi może z czystym sumieniem powiedzieć: robię to co lubię. Widać to najlepiej przy okazji ich aktywności pozazawodowej. Profesor będąc członkiem Stowarzyszenia Miłośników Dawnej Broni i Barwy od ponad czterdziestu i od kilkunastu lat piastując funkcję prezesa Oddziału Łódzkiego jasno pokazuje, że łączy pracę naukową związaną w poważnym stopniu z bronioznawstwem z pasją spod znaku broni i barwy. W imieniu wszystkich członków naszego Stowarzyszenia dziękujemy, że Pan jest z nami i życzymy wielu lat sprawności twórczej, dalszej owocnej budowy Szkoły Profesora Głoska a przede wszystkim zdrowia, które jest warunkiem sine qua non wszelkiej ludzkiej aktywności.

Musiałem to zamieścić. Byłbym zapomniał. Pozwolę sobie na osobistą refleksję. Kilka lat temu podczas przygotowań do Walnego Zebrania Naszego Stowarzyszenia Miłośników Dawnej Broni i Barwy zostałem poproszony o wygłoszenie referatu, wybrałem: „Uzbrojenie w artystycznej wizji Stanisława Samostrzelnika na podstawie Liber Geneseos Illustris Familiae Schidloviciae (przed 1532).” Swoje wystąpienie podparłem oryginalną prezentacją multimedialną, która dodatkowo wspomagała przekaz słowny. Trzymając pen-drive’a w dłoni czekałem na swoją kolej. Wtedy z sali w sposób zorganizowany padło kilka postulatów w sprawie rezygnacji z uświęconego tradycją wygłoszenia referatu naukowego. Podobno: tak było w zgodnej argumentacji oponentów, iż program dorocznego Zebrania jest zbyt bogaty, by tracić czas na jakiś referat. Przyjąłem to spokojnie. Nasze Stowarzyszenie jest wszak, pomimo swej oryginalności grupą ludzi niosących w sobie spory bagaż ambiwalentnych emocji. Wtedy to gwałtownie zareagowali: prezes profesor Aleksander Guterch i właśnie profesor Marian Głosek. Introwertyczny wydawałoby się Marian Głosek wygłosił wówczas płomienną mowę w obronie człowieka, który chciał przedstawić zebranym coś o czym mieli na pewno mgliste pojęcie. Zwyciężyła argumentacja i pragmatyka. Wykład – choć ze względu na okoliczności – w skróconej formie wybrzmiał i zaprezentował się wizualnie. Niezrozumiałe są ścieżki ludzkich śladów bronioznawców. Mariana Głoska zapamiętam również jako uczestnika Konferencji naukowej poświęconej tzw. mieczowi św. Piotra, która odbyła się w kwietniu 2011 roku w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu. Rangę przedsięwzięcia podkreślały uznane nazwiska prelegentów. Nie wszyscy jednak wykazali się moim zdaniem, należytą odwagą w wyrażaniu poglądów o przedmiotowym zabytku. Właściwie i jasno wybrzmiał w tym kontekście wykład profesora Głoska, który osadził ów tasak w połowie XIV wieku, a nie w czasach piotrowych. Mówca podkreślał przy tym udział Leszka Kajzera w badaniach zabytku z Katedry (Marian Głosek, Leszek Kajzer – Miecz św. Piotra z Katedry Poznańskiej – KHKM r. XXII nr 2, 1974). Profesorowi towarzyszył doktorant Piotr Pudło, który podzielał pasje profesora bronią białą i zapowiadał się jako autor interesującej dysertacji. Doktorat istnieje. Tylko do tej pory nie jest powszechnie dostępny, ponieważ jeśli mnie pamięć nie myli, nie ukazał się drukiem. Jeszcze jedno. Do tej pory żałuję, że „droga miecza” rozumiana jako „Pracownia Uzbrojenia” nie przetrwała i że nakreślony przeze mnie trójkąt nie mógł przemienić się w czworokąt z kobietą w jednym z rogów: Zdzisławą Wawrzonowską, której praca o Piastach śląskich ich uzbrojeniu i ubiorze w średniowieczu, gdzie nie padł wprawdzie termin: arbiter elegantiarum, w odniesieniu do tej odnogi dynastii, ale autorka podświadomie wprowadziła do swego tekstu pewien ulotny, ale dostrzegalny pierwiastek wrażliwości właściwy kobietom.

Suspens

Zdarty tekst. Jeśli czytelnik dotarł do tego zdania, to zobaczył, że zdania, które niosły myśli o tych wielkich uczonych nie były w żadnej mierze przeniesieniem tego co znajduje się we wskazanych przeze mnie zeszytach. Dobrze się stało, że owa seria jest kontynuowana. Czasem czegoś w niej brakuje, ale ryt pamięci pozostanie, a i dla mnie pasjonata pozostaje ogromny obszar łowów faktów i refleksji jakie można zamieścić w trosce o zachowanie pamięci myśli i zdarzeń dużych i małych.

Krzysztof Czarnecki

Oddział Poznański

Stowarzyszenia Miłośników

Dawnej Broni i Barwy

Poznań, marzec 2018 r.

 

 

189 Total Views 3 Views Today
Partnerzy

karta_logo_MNK_B

mwp

muzuem_lodz

wmwpozn

MuzeumWroclaw

logo Muz. Lub.-1

silkfencing